Moja droga do IT

Mój pierwszy własny komputer był…

…tekturowy. Skonstruowałem go w wieku kilku lat (może 5-6?) z opakowania po ciastkach albo czekoladkach. Miał narysowaną długopisem klawiaturę i odchylany jak w laptopach ekran wyposażony w specjalne ramki, w które wkładało się kartki. Na kartkach rysowałem sceny z gier i różne programy użytkowe. Pokazywałem je Babci i opowiadałem jak komputery zmienią nasze życie w przyszłości. Może nie wszystko rozumiała, ale jako księgowa i osoba naprawdę ogarnięta życiowo (wiele lat pracy w biurach a potem swoja firma), na pewno dostrzegała w moich opowieściach coś co faktycznie mogło się spełnić. Jestem pewien, że to ona zawsze finansowała część lub całość moich „zachcianek” oraz urabiała rodziców, że mają w domu potencjalnego informatyka :).

Wyrosłem zresztą otoczony fantastyką naukową, Młodymi Technikami, Adamem Słodowym i całym tym „początkiem” rewolucji technologicznej. To musiało się tak skończyć. Miałem wtedy kilka lat ale już ciągle gadałem o tym, że wiem co chcę w życiu robić – pomagać ludziom za pomocą komputerów i technologii. Byłem w domu małym ekspertem od tego co jak działa i jak będzie działać za lat 5, 10 i 15. Część tej wiedzy czerpałem po prostu z własnej wybujałej wyobraźni. Dziś przyznam, że w wielu rzeczach wcale tak bardzo się nie myliłem.

Ale, skąd miałem w ogóle pomysł na tekturowy komputer? Było to niedługo po pierwszym spotkaniu z…

…ZX Spectrum i Bajtek wujka Macieja.

Zresztą, może to był Timex 2048 czy inne cholerstwo. W każdym razie wuj przyniósł to do naszego domu, podłączył pod telewizor w sypialni rodziców i poszedł pić z nimi kawę. Wcześniej pokazał wszystkim kilka gier i zasady sterowania ludzikiem na ekranie ale mało komu to zaimponowało. Zostałem tam sam, w ciemnym pokoju, z twarzą oświetloną monochromatycznymi pikselami i oczyma wlepionymi w ekran. Na dworze było słońce ale grube zasłony szczelnie oddzielały mnie od świata. Czułem się jakbym obcował z czymś niezwykłym, tajemniczym. Chciałem więcej.

kto poznaje?

Nieco później wuj Maciej poprosił mnie o pójście do kiosku i kupienie mu Bajtka. Zanim dotarłem do domu przeglądnąłem go od deski do deski i zrozumiałem (może jakoś intuicyjnie), że skoro o komputerach są gazety to jest to już coś poważnego, istotnego. Ziarno zostało zaszczepione. Swoją drogą niektóre stare Bajtki (i to w wersjach ulepszonych przez pasjonatów) można sobie poczytać w tym miejscu.

Ta gazeta dla mnie była świętością – pani kioskarka odkładała mi każdy numer do szarej teczki 🙂

Atari na salonach

Chodziliśmy z bratem do kościoła. Z osiedla Piekary do parafii świętej trójcy, czyli przez osiedle Kopernika. Pech (los?) chciał, że na naszej trasie otworzył się jeden z pierwszych w legnicy salonów gier.

Co ciekawe nie stały tam automaty Arcade’owe a 8-bitowe Atari. Cztery a potem chyba nawet sześć stanowisk, każde z kolorowym telewizorem i podpiętą do niego „atarynką”. W salonie rządził spokojny starszy pan (no dobra, pewnie miał ze 30 na karku) latający ze stacją dysków od stanowiska do stanowiska, wgrywający dzieciakom gry i pilnujący czasu. Obowiązywały zapisy na godziny a kolejka do każdego stanowiska była zawsze na kilka godzin czekania.

Salon istniał całe lata, później zawitały do niego Atari ST i STE a nawet Atari Falcon 030. Byłem tam (i na kilku innych salonach, aż wreszcie na salonie mojego wujka jako pracownik dorywczy) stałym bywalcem.

8-bitowce na pokojach

W końcu, po wielu miesiącach jęczenia i męczenia pojechaliśmy z ojcem i bratem do Wrocławia kupić małe Atari. Pierwsze podejście zakończyło się fiaskiem – wrocławski Pewex był tego dnia zamknięty. Dramat. Druga próba, ta udana, była chyba na giełdzie. Atari 65XE zawitało do pokoju mojego i brata. Klasyczny setup z magnetofonem XC-12, grami na kasetach, przepisywanymi listingami z Bajtka i programami nadawanymi w radio (jeden udało się nawet uruchomić!).

Monitor – Neptun albo podłączenie do TV w salonie (jak wpadali koledzy). Grało się w Spy vs Spy czy The Eidolon albo inny Raid over Moscov. Było tych gier cała masa. W podstawówce jeszcze 3 albo 4 osoby miało Atari, więc wymiana gier szła w najlepsze. W mieście były „studia” nagraniowe, gdzie można było pozyskać nowości. Czasem też bywało się na giełdzie we Wrocławiu, gdzie wybór był już oszałamiający.

Zazdrośnie patrzyliśmy na posiadaczy C64, a trochę z góry na właścicieli Spectrum. Atmosfera była jednak przyjazna i czasem wymienialiśmy się całymi zestawami na kilka dni czy tygodni aby poznać „konkurencję”.

W międzyczasie odwiedzałem wszystkie możliwe miejskie pracownie komputerowe w domach kultury czy szkołach. W szkole podstawowej mieliśmy nawet jakieś kilka miesięcy regularnej pracowni z Timexami i Amstradami gdzie część osób (w tym ja) uczyła się pisać coś w Basic a część grało. No dobra, też grałem, ale dużo mniej niż inni :).

Do tego ciocia mojego brata na wakacje zabrała ze szkoły Shneidera 6128 ze stacją dysków i sporym zasobem gier – ależ to były wakacje! Całe dnie graliśmy z bratem w Saboteur, Mummy, Movie, czy inne produkcje.

Duże Atari

Kupione kilka lat później Atari 1040STE to był przełom. Jakość gier, które do tej pory mogłem ogrywać tylko na salonie. Pierwsze poważne programy muzyczne i graficzne a wreszcie pierwsze „programowanie” – wszystko to przerabiałem właśnie na tym zacnym komputerze. Do dziś nie wiem skąd rodzice mieli na niego kasę ani jak ich namówiłem ale chyba wtedy już miałem naprawdę dobry dar przekonywania.

Zacząłem uczyć się Basic w wydaniu Atari STE. Pamiętam do dziś 2 gry, które rozwijałem i dopracowywałem przez wiele miesięcy. Jedna – ponieważ sam na takim salonie pracowałem – polegała na prowadzeniu salonu gier (kupowanie komputerów, gier, zdarzenia losowe). Drugą nazwałbym dungeon-crawlerem RPG z dużą ilością zdarzeń losowych, potworów, walk, tworzeniem postaci i ekwipunkiem. Oczywiście obie były w trybie tekstowym. Chociaż ta o salonie korzystała z wbudowanych w STE okienek i pokazywała te teksty w czterech osobnych obszarach, więc wyglądała nieco bardziej „pro”. Praca nad tymi „produkcjami” sprawiła mi masę frajdy.

Atari STE to była zacna maszyna, którą zamęczałem na wszystkie sposoby kilka lat. Owszem, zazdrościłem lepszych gier z Amigi, potem też kolegom mającym PC. Ale też byłem fajnbojem Atari i podniecałem się grami czy demami wykorzystującymi Blitter czy świetne przetworniki jakie miała wersja STE. Było tego na lekarstwo ale robiło robotę.

To musiał być rok około 1995 kiedy w końcu udało mi się wyżebrać od rodziców kasę na….

Pecet, pierwszy własny pecet!

Mój kolega z klubu RPG – pełną gębą informatyk starszy kilka lat ode mnie – złożył mi peceta. Kupiłem części jakie mi kazał (oczywiście za pieniądze rodziców, których znowu urabiałem z rok) a potem u niego w domu zaczęło się składanie i instalowanie… Windows 95. Pamiętam, że procesor był chyba na poziomie AMD 133 albo 166. Potwór wydajnościowy! Najbardziej mnie interesowało jedno. Czy pójdzie na tym Duke Nukem 3d. Poszło i byłem przez miesiąc najszczęśliwszy na świecie :). Ta fotorealistyczna grafika! Potem zacząłem zgłębiać wszystko co się dało w tak zaawansowanym sprzęcie i systemie operacyjnym. Setki programów, nowsze procesory, karty graficzne, pamięć itd itp.

W końcu nadszedł czas spłaty długu u rodziców i Babci. Udała się jedna ekstremalnie ważna dla mnie rzecz, o której opowiadałem rodzicom i Babci od czasów pierwszego tekturowego komputera. Znalazłem wreszcie idealny sposób na pokazanie mojej rodzinie, że komputer może im pomóc w życiu!

Subiekt jest OKI!

Na tym pececie zacząłem w końcu wdrażać mój plan pomagania ludzkości. Konkretnie mojej Babci, która codziennie wystawiała faktury dla swoich piekarzy z całego miasta. Dzwonili do niej, dyktowali zamówienia do klientów a ona do później nocy klepała (ręcznie) druki faktur. Rano albo jeszcze wieczorem przybywali piekarze i brali od niej wypisane druki, aby móc je wręczyć klientom podczas porannej dostawy. Mrówcza praca, codziennie wiele godzin pisania.

Zaprzągłem więc do tego zadania pirackiego Subiekta (wersja pracująca w DOS) i drukarkę – bodajże igłowa Oki 3320.

Ten ekran po nocach mi się śnił 🙂

Czas wystawienia faktur skrócił się do około 1-2 godzin dziennie. Miałem taką wprawę, że podczas drukowania faktury, kiedy ekran się „zamrażał” ja już wprowadzałem do bufora klawiatury, na pamięć, kolejny dokument. Robiłem to kilka lat i wierzę, że pomogłem w tren sposób mojej Babci w naprawdę wymierny sposób. Na pewno nie narzekała :).

W tak zwanym międzyczasie zaczęło się to, co każdy wspomina chyba jako największą rewolucję, czyli …

202122 i własny modem (i zeszyt do zapisywania zużytych impulsów)

Numer od TP SA to był strzał w dziesiątkę. Miałem wyznaczony limit 20zł miesięcznie. Babcia pilnowała tego abym go za bardzo nie przekraczał a ja notowałem każdy impuls (potem pojawiły się do tego programy ale najpierw miałem zeszyt).

Byłem w stanie w tej kwocie pisać maile, oglądać strony, pobierać nagłówki setek i tysięcy dyskusji na grupach o fantastyce czy rpg. To było eldorado, informatyczna autostrada. Wymiana scenariuszy do RPG, listy mailowe, pierwsze fanowskie strony (pamiętam, że szybko założyłem swoją, na której było coś o Kult RPG, o zespole Primus i trochę tłumaczonych przeze mnie materiałów do różnych gier fabularnych.). Pasja tworzenia stron WWW przetrwała u mnie zresztą do dziś i przerodziła się nawet w poboczne źródło dochodu.

Studium, Studia

Po technikum przyszła pora na studium policealne przy ZSEM, gdzie były normalne pecety. Z uwagi na priorytety (gitara basowa, gry RPG, rozrywka) nie miałem ochoty iść od razu na studia i przemęczać się nauką. Dwa lata, po których pozostało mi kilka dożywotnich znajomości oraz naprawdę solidne podstawy podstaw Pascala :).

Potem rozpocząłem zaocznie studia na PWSZ Legnica – kierunek systemy i sieci komputerowe. Nie powiem nic złego na te studia, było tam sporo ciekawych zajęć i fajnych wykładowców. Wiadomo, że materiał bywał sprzed kilku lat, ale nieco ważnej teorii i praktyki nabyłem (pozdrawiam profesora Kozioła, który zmusił mnie nauczenia się struktur wskaźników w C++). Chociaż po zrobieniu inżyniera uznałem, że nie mam tam czego więcej szukać, ponieważ już wtedy pracowałem.

Tu zaczyna się najważniejsza część mojej drogi. Dzięki urokowi osobistemu (a pewnie bardziej dzięki poleceniu mnie dyrektorowi przez mojego tatę, długoletniego pracownika Huty Legnica), udało mi się na samym początku studiów dostać pierwszą pracę w IT….

Zawodowo w informatyce!

A konkretnie w KGHM, w Hucie Miedzi Legnica, którą zacząłem w grudniu 2000 roku. Dział informatyki – 7 ekstremalnie sympatycznych i wspierających mnie osób. Ilość obsługiwanych komputerów i użytkowników – w porywach 150 sztuk.

To były jeszcze czasy, kiedy roboty było niewiele i można było każdemu zapewnić w miarę kompleksową i profesjonalną obsługę w razie problemów. Czasy sprzed systemów klasy Helpdesk i załatwiania wszystkiego na jeden telefon oraz bezpośrednio u użytkownika a nie zdalnym pulpitem. Czasy instalowania NT4.0 i Office 97 z płyt. Nostalgia mnie zaraz zeżre.

Po pół roku wszystkie działy IT z całego KGHM przeszły pod nowy oddział – Centralny Ośrodek Przetwarzania Informacji. Jeszcze siedem lat pracowałem na terenie Huty aż wreszcie trafiłem do kolejnych, bardziej centralnych struktur.

20 lat później od przyjęcia do COPI nadal tu pracuję a ile rzeczy się w międzyczasie zmieniło – na lepsze i gorsze – to musiałbym książkę napisać. W każdym razie nie było dnia, tygodnia, czy miesiąca, w którym bym się w tej robocie nudził. Moja pasja pomagania ludziom za pomocą komputerów i technologii miała tu swoje wzloty i upadki ale nie zgasła do dziś. Podobno to oznacza, że nie przepracowałem ani dnia :).

Dodam, iż napisać, że w KGHM o/COPI spotkałem fajnych ludzi i sytuacje to nic nie napisać. Każdemu życzę takich historii, relacji i przygód. Jeśli kiedyś mnie najdzie opisać moją ponaddwudziestoletnią ścieżkę zawodową to dam znać. Póki co, w skrócie powiem tyle:

  • byłem typowym „panem informatykiem” – naprawiaczem komputerów i aplikacji. Setki razy robiłem „wymianę komputera” z przeniesieniem danych (i tylko raz udało mi się bezpowrotnie stracić je wszystkie, co okupiłem wyrzutami sumienia które pamiętam do dziś). Instalowałem NT4.0 Workstation z płyt (a potem z „klona”). Pomagałem użytkownikom, naprawiałem tysiące usterek w sprzęcie, aplikacjach i systemach używanych w Hucie Legnica (a potem całym KGHM dzięki zdalnemu pulpitowi),
  • byłem administratorem wielu ciekawych aplikacji – w tym jednej szczególnej – HP Open View Service Desk 4.5, do którego mam do dziś słabość i uważam za jeden z lepszych systemów na jakich było mi dane pracować i rozwijać (ilość dopasowań i rozszerzeń, jakie tam zrobiliśmy powodowała u różnych konsultantów i audytorów dreszcze i niedowierzanie),
  • byłem ponad 2 lata szefem działu Servicedesk złożonego z 12 osób – i to doświadczenie pokazało mi jak słabym jestem kierownikiem (przynajmniej wtedy) ale też dało super perspektywę na to jak to jest (do dziś mam ogromny szacunek do pracy kierowników liniowych)
  • trafiłem w końcu do działu projektującego od zera i wdrażającego aplikacje biznesowe – obiegi dokumentów, rejestry umów, procesy elektroniczne, eprocurement i kupa innych ciekawych rzeczy. W trakcie tych projektów współpracowałem z fantastycznymi programistami, kontraktorami i konsultantami zewnętrznymi,
  • niejako z pasji ulepszania życia sobie i innym wdrażałem pomocnicze systemy typu TFS, Gitlab, Appdynamics i sporo innych,
  • udało mi się zagłębić nieco w odmęty i tajniki Sharepoint, IBM Case Manager/BAW i kilku innych platform do przeróżnych rzeczy – co w wielu innych firmach nigdy by się nie wydarzyło, jako że nie każdego stać na kupowanie takich drogich „zabawek”…
  • w ramach wdrażania aplikacji miałem do czynienia z zagadnieniami szukania wąskich gardeł, problemów wydajnościowych i analizowania problemów z działaniem aplikacji sieciowych, co zawsze mnie fascynowało,
  • niejako przy okazji bywa, że zajmuję się w firmie stronami WWW opartymi o Drupal i WordPress – co koresponduje z moimi prywatnymi działaniami – jako że od zawsze tworzyłem dla siebie i klientów strony www oparte o te dwa CMSy,

Co to wszystko oznacza? Głównie to że mam bardzo szeroką ale płytką wiedzę w wieeeelu tematach. Dobrze to, czy źle? Ciężko ocenić. Przeszkadza kiedy trzeba ogarnąć jakiś bardzo niskopoziomowy temat, pomaga kiedy trzeba spojrzeć na problem w trybie end-to-end, czy zaprojektować kompletne rozwiązanie w kilka dni.

Krótko i zwięźle – nigdy nie żałowałem ani jednego dnia, który poświęciłem informatyce. Nie sądzę aby kiedykolwiek mi się to przydarzyło. W tej branży za dużo się dzieje ciekawych rzeczy, abym śmiał narzekać na nudę czy brak wyzwań.

Czego i Wam życzę.

Comments

comments

 

close

Lubisz czytać moje wpisy?

Zapisz się na biuletyn - raz na miesiąc dostaniesz powiadomienie o nowych wpisach i niczego nie przegapisz!

Udostępnij na...:
FacebooktwitterlinkedinmailFacebooktwitterlinkedinmail
Obserwuj na mediach społecznościowych:
FacebooktwitterpinterestlinkedinrssyoutubeinstagrammailFacebooktwitterpinterestlinkedinrssyoutubeinstagrammail