opowiadania
Wolny Etat
(napisane około 1996r, wydrukowane w biuletynie którejś szedariady)
Widok z trzydziestego piętra jest całkiem zajmujący. W dole przesuwają się ludzie jak mrówki i samochody jak małe pudełeczka. W górze latają koptery i taksówki. Wokół podobne budynki, jedne trochę wyższe, inne kilka pięter niższe. Słowem – centrum miasta.Wiatr jest za to nieprzyjemny. Targa moje włosy i rozwiewa marynarkę. Czuję, że nie wyglądam najlepiej. Ale w końcu kogo to obchodzi? Właśnie. Nikogo. Ani jednej osoby. Dlatego stoję na dachu własnego wieżowca. Pode mną działają prężnie różnorakie komórki biur mojej firmy. Tak naprawdę nie jest moja, tylko nią zarządzam, ale kiedy myślę, że do mnie należy mam większą motywację do pracy. Cóż, to już i tak przeszłość. Spędziłem w tym drapaczu chmur piętnaście lat. Kiedy zaczynałem, na recepcji, miałem dwadzieścia dwa lata. To były czasy !Jeszcze raz sprawdzam, czy w kieszeni jest list pożegnalny i skaczę w dół. Zaczyna się spadanie.
Turyści
Dzięki Ci Boże, odeszły! Banda wścibskich bytów wypełniająca mój mózg postanowiła opuścić go o 5.44 nad ranem. Jakież to wspaniałe uczucie, nie macie pojęcia!
Piłem właśnie herbatę z cytryną i gapiłem się w kąt pokoju. Umysł pracował ociężale i jakoś koślawo. Zupełnie niespodziewanie poczułem jakby oleista ciecz wypełniająca wnętrze czaszki zaczęła powoli spływać w dół. Ale to nie żadna maź, tylko Oni. Nie pierwszy już raz wykorzystali mnie jako chwilowy przystanek na swej drodze, noclegownię i jadłodajnię w jednym.
Czasami opowiadają o swoich podróżach, kiedy indziej po prostu ładują się z buciorami do środka, zajmują najlepsze miejsca i pożywiają się niczym wygłodzone do ostatka hieny. Odpoczną tacy sobie, tocząc zupełnie niezrozumiałe dyskusje w swoim hałaśliwym, pełnym basowych brzmień, języku, aż w końcu, kiedy podjedzą sobie na drogę, ruszają dalej, w niezmiennym chaosie i podnieceniu.
Kochanie
Mała dziewczynka usłyszała królika kręcacego się w klatce za szybą. Krzyknęła do mamy:
- Kup mi królisiaaa! obiecałaś że mi kupisz pod choinkę!
Weszły do pachnącego trocinami i zanętą sklepiku i kupiły zwierzątko. Dziewczynka poczuła że ma ono zimne uszy i szybko bijące serduszko. Królik ugryzł ją w dłoń.
- Jakiś ty przestraszony – zmartwiła się. – Wezmę cię do domu i dam jeść i pić i będziesz mógł biegać po całym mieszkaniu!
Dziewczynka tuliła królika od samego rana, w trakcie śniadania go karmiła, po szkole głaskała, wieczorami do niego mówiła. Czuła na policzku jego ciepło, delikatne wąsy muskały nogę gdy robiła kanapkę, ciche mruczenie usypiało. Kochała go najbardziej na świecie i często mu o tym mówiła.
Nic WIęcej
(napisane około ’96, poprawiane w ’99)
Mikroelelektrody pobudziły moją korę mózgową dokładnie o piątej trzydzieści. Z głośników nad łóżkiem popłynął szum o specjalnej częstotliwości pomagającej w rozbudzaniu. Ze ściany wyskoczyła zimna, srebrna taca. Na niej to co zwykle: zestaw witamin w napoju, zastrzyk z jakiegoś świństwa, sztuczne tosty ze sztucznym dżemem (oczyszczony z wszelkich szkodliwych substancji) i kubek sejfti, czyli bezpiecznej herbaty. Gdy zacząłem jeść głośniki ożyły i głos numer 18 (pamiętam je wszystkie) zaczął przedstawiać plan dnia:
