książka
Książki o drupalu
Wybór książek o Drupalu po polsku nie zachwyca. Zdecydowanie więcej (i bardziej aktualne pozycje) oferuje PACKT Publishing. Poniżej kilka propozycji dla władających językiem Szekspira i chcących szybko poznać możliwości Drupala - zarówno od całkowitych podstaw po naprawdę zaawansowaną tematykę.
Na razie skrótowo opisuję co znajdziesz w książkach, nieco później do części z nich pojawią się osobne, szczegółowe (i obiektywne) recenzje.
Accelerando - porno dla informatyka i futurologa
Kim jest Charles Stross? Żaden alarm nie zapalił się w mojej głowie kiedy trafiłem na jego książkę na stronie empiku. Kierując się intuicją wpisałem ją na listę prezentów jakie chciałbym dostać, a już tydzień później pod choinką znalazłem właśnie "Accelerando" .
Po pierwszych 50 stronach już wiedziałem, że będzie to mocny kop w dupę albo raczej głowę. Autor łączy wartką opowieść o losach rodziny (3 pokolenia żyjące w XXI wieku), z dość daleko idącą wizją rozwoju ekonomii, informatyki, ludzkiej wiedzy i interfejsów człowiek-maszyna. W swojej wizji rozwoju możliwości połączenia ludzi z maszynami i sztuczną inteligencją idzie o wiele dalej niż większość pisarzy, przynajmniej tych których czytałem do tej pory.
Zaczynamy od początku XXI wieku. Manfred, główny bohater, to dziecko nowych technologii - będący stale online, potrafiący sterować swoją teleobecnością za pomocą myśli. Rozmawiając z potencjalnym zleceniodawcą jednocześnie rozkazuje wirtualnym agentom wyszukanie jego danych, pisze bloga, wysyła propozycje do urzędu patentowego, obserwuje otoczenie za pośrednictwem satelity, chatuje z żoną, sprawdza stan konta a całość jego doznań sensorycznych ląduje się na serwerach przechowujących każdy szczegół z jego życia, w formie ogromnej bazy wiedzy. Wszystko to robi z pomocą interaktywnych gogli, których nawet chwilowa utrata powoduje szok - bez tych wszystkich wspomagaczy Manfred jest (umysłowo) jak dziecko we mgle.
W jego czasach powstają pierwsze sztuczne inteligencje, odbywają się próby wirtualizacji umysłu (transferu do wirtualnej przestrzeni działającej w komputerze), tworzone są pierwsze inteligentne instrumenty finansowe, działające jak naczynia połączone wirtualne korporacje, pierwsze rekonstrukcje osobowości nieżyjących ludzi na podstawie danych pozostawionych przez nich za życia w różnych systemach, nośnikach, wspomnieniach. Manfred jest świadkiem i jednocześnie jednym z ewangelizatorów nadchodzącej osobliwości (za Wikipedią - prognozowany punkt w przyszłym rozwoju cywilizacji, w którym postęp techniczny przyspiesza poza możliwość zrozumienia dzisiejszego człowieka.).
No Logo
Cegłowata książka No Logo jest z gatunku takich co to aż strach zacząć (kiedy ja to przebrnę!?). Ale w końcu, na urlopie, powiedziałem sobie 'teraz albo nigdy!'. Fakt, że ledwo-ledwo się wyrobiłem, kończąc ostatnie 30 stron kultowej już pozycji w samochodzie, w drodze powrotnej.
W wielkim skrócie książka ma być o wpływie korporacji na nasze życie. Autorka (na zdjęciu z okładki istne niewiniątko :P) stawia śmiałą tezę, że od momentu odkrycia przez korporacje siły logo i marki (jako głównego motoru sprzedaży), mamy (jako konsumenci, ale i pracownicy) przechlapane życie. Reklama jest wszędzie, tania siła robocza to powrót niewolnictwa, praca w krajach rozwiniętych jest coraz bardziej tymczasowa i niepewna, a wielkie konglomeraty medialno-markowe przyczyniają się do cenzury i zawłaszczania przestrzeni publicznej.
Zaskoczyła mnie ta książka. Oczekiwałem jakiegoś mydlenia oczu, banałów w rodzaju 'reklama kłamie', czy czegoś podobnego. Otrzymałem materiał zawierający masę przykładów, statystyk, wyliczeń, dowodów. Sama sekcja z przypisami jest imponująca zawiera ich kilkaset (teraz nie sprawdzę, ale chyba w okolicach 600).
Czy materiał dowodowy jest wiarygodny i przekonujący? Ciężko ocenić, robi wrażenie naprawdę dobrej roboty. Warto przeczytać i przemyśleć. Ja póki co jeszcze myślę, ogrom tematu mnie nieco przytłoczył i nie jestem w stanie tak od razu powiedzieć - ma babeczka rację. W każdym razie jest diablo przekonująca.
Niestety, ma też ta cegła wadę - dowiemy się z niej wiele ciekawych rzeczy, ale jej aktualność to koniec lat 90-tych. Jest krótki aneks, napisany po ataku na WTC, ale to mało. Dlatego już ostrze sobie zęby na jej 'Doktrynę szoku', bo Naomi Klein pisze naprawdę przyjemnie i czyta się ją dość lekko.
Zakupologia stosowana
rzadko zdarza mi się rekomendować książki, których nie przeczytałem. “Zakupologia” Martina Lindstroma jest jedną z takich, których przeczytanie chcę zaproponować z kilku powodów.
Po pierwsze - poszerzmy swoje horyzonty. Każdy z nas jest (czy tego chce i jest tego świadom czy nie) celem ataków sztabów ludzi dbających o to, abyśmy kupili produkt tej a nie innej marki. Znajomość technik stosowanych przez działy marketingu jest moim zdaniem koniecznością, jeśli chcemy być nieco bardziej świadomymi konsumentami lub interesujemy się jakie zmiany zachodzą w psychice ludzkiej i społecznej w dzisiejszych czasach.
Po drugie - czytajmy więcej niż jedną pozycję na dany temat. Czytam właśnie "No Logo" Naomi Klein i już wiem, że chętnie sięgnę po zbliżona tematycznie propozycję - nigdy za wiele punktów widzenia w temacie tego jak jesteśmy wodzeni za nos przez korporacje i reklamodawców :).
Po trzecie - jestem pazerny i lubię dostawać coś za darmo (tak w końcu wciągnąłem się w "Yerba Mate" ) a "Tomek Smykowski" ogłosił właśnie na "swoim blogu", we "wpisie": będącym po części recenzją, że chętnie ufunduje tę książkę osobom do niego linkującym.
Co niniejszym czynię :).
Ostatnia Przygoda
Okładka Przyznam bez bicia, że kupiłem tę książkę z sentymentu i z wyrachowania. Po pierwsze napisał ją EuGeniusz zwany także Dębskim, czyli miałem jaką taką pewność, że przeczytam do końca (lubię po prostu styl Pana Geniusza). Po drugie miała fajowy malunek na okładce, przypominający mi klimaty Shadowrunowe, do których tęsknię. Po trzecie była niedroga. Po czwarte wreszcie - od razu widać było, że nie będzie to lektura trudna, poruszająca ważkie tematy i stawiająca filozoficzne pytania o sens bytu, tylko lekka cyberpunkowa powieść o przemądrzałym detektywie robiącym w konia swoich przeciwników. Czegoś takiego moje przepracowane zwoje mózgowe potrzebowały. I dokładnie to dostałem.
Jak to z EuGeniuszem i jego stylem (w moim przypadku) bywa książeczka nie stawiała większych oporów i 'weszła mi' bardzo gładko. Intryga prosta jak drut, postaci nie nazbyt głębokie, akcja przewidywalna i dość schematyczna. Kołem napędowym i wyróżnikiem tej opowieści, jak mi się wydaje, miał być tu chwyt polegający na wciągnięciu w wir przygód i niebezpieczeństw całej rodziny bohatera (razem z psem), co może nie jest posunięciem odkrywczym ale dodało troszkę smaczku i sposobności do różnych fabularnych ewolucji. Wydaje mi się nawet, że autor słabo wykorzystał tę szansę i można by zagrać na tej strunie mocniej. Z drugiej strony odniosłem momentami wrażenie sztuczności niektórych familijnych zachowań bohaterów, dialogi bywają nieco wymuszone a cała głębia stosunków rodzinnych skupia się na głównym bohaterze, nie prezentując zbyt wiele od strony reszty rodziny. Zakończenie również nie zachwyca, raczej nagle orientujemy się, że autor chyba nagle zorientował się, że musi zmieścić się na kilku stronach i naprędce ucina wszystkie wątki.
Szkoda trochę, że poza rozpoznawalnym stylem narracji - trochę luzackim, trochę stylizowanym na język potoczny - i dialogów, niewiele dobrego da się o tej książce powiedzieć. Może nieco ciepłych słów o zaprezentowanych technologiach sieciowych, które są dosyć przejrzyście ale nie nachalnie wyjaśnione, mają też sporo wspólnego z kierunkami w które udaje się obecna Sieć. Nie ma tu może nie wiadomo jakich odkryć i pomysłów, ale widać, że autor nie błądzi jak dziecko we mgle tylko swoje wie i potrafi to rozwinąć w dość prawdopodobne pomysły.
Poza tym - pozycja dla poszukujących naprawdę nieskomplikowanej w formie i treści rozrywki. Polecam jeśli lubicie klimaty near-future, cyberpunk, spiski rządowo-korporacyjne i chcecie odpocząć przy jakimś lekkim kawałku.
Tracę Ciepło
od autora: tekst pisałem jakiś rok temu i dziś go odnalazłem
Orbitowski napisał książkę totalną.
Przynajmniej tak nas przekonuje tylna okładka oraz opasłość 480 stronicowej powieści. Rzeczywiście wygląda nieźle na półce.
Orbitowski dowiódł mi już, że potrafi napisać dobre opowiadanie, wciągnąć w swoje barkero-gaimano-carollowskie mgliste światy, wywołać dreszczyk niepokoju i smakowite poczucie przeczytania kawałeczka nieco lepszej niż przeciętna literatury gatunku horror.
Tym razem opisuje losy dwóch bohaterów widzących 'nieco' więcej niż przeciętny człowiek. Pierwsze spotkanie z inną rzeczywistością nastepuje już w podstawówce i wtedy ich poznajemy. Wspólny koszmar połączy ich życie na zawsze a czytelnik pozna ich drogę od dzieciństwa po dorosłość.
Co więc dostałem od nowej powieści Łukasza O.? Zaskakująco dużo. Dużo miejsc, sytuacji, dobrych dialogów (choć momentami wyjętych jakby z komiksu wilq), barwnych opisów. Mamy nie jedną ale trzy opowieści o dzieciństwie, szkole, dojrzewaniu, przenikaniu się rzeczywistości i świata nadnaturalnego, trudnych decyzjach dręczących każdego człowieka. Jest też sporo straszenia - nadnaturalnymi wizjami, proroctwami, sekciarstwem i wracającymi ze świata umarłych potępieńcami. Wszystko do dość smacznie podane.
Niestety dużo równa się też rozwlekle. Orbitowski lubuje się w dokładnym, szczegółowym roztrząsaniu każdej sceny, rozbieraniu na atomy przeżyć, wyglądu, zapachu, światłocienia i wszystkiego innego. Pod tym względem czyta się trochę trudno, a w większej ilości przyprawia o senność i ból głowy.
Jestem dzieckiem internetu i telewizji - jakkolwiek lubię opasłe książki, to wolę nieco skromniejszą, lub lżej, zgrabniej napisaną narrację - jak u Lema, Zajdla, Dicka czy Bułyczowa. Tak samo jak nie mogę przebrnąć przez grubsze książki Kresa, Dukaja, czy Barkera tak i tu z trudem dotrzymałem danej sobie obietnicy dokończenia powieści w 2007 roku.
Zarzut to czy nie zarzut - na pewno dałoby się zmieścić tę książkę i trzy opowieści jakie nam prezentuje autor, na 100 stronach mniej, bez wielkiej straty. Mogłoby też pomóc dorzucenie jakichś 'szybszych' scen, jakaś odmiana. Z drugiej strony sceny 'dynamiczne' (pościgi, walki) wychodzą autorowi moim zdaniem średnio ze wskazaniem na słabo, więc może rozwlekłość to to tak naprawdę unik w stronę tego co autorowi wychodzi najlepiej?
Siły Rynku
[img_assist|nid=1173|title=Siły rynku - okładka|desc=|link=node|align=left|width=92|height=140]Książkę kupiłem trochę wbrew sobie. Pierwsza powieść R.Morgana, "Modyfikowany Węgiel" pozostawiła u mnie pewien niesmak - mimo giętkiego pióra i barwnej fabuły była jak na mój gust zbyt efekciarska, a bohater przypominał gościa z Duke Nuk'em 3d.
Długo się zastanawiałem czy wydać 30 peelenów na kolejne dokonanie pisarza, ale jakoś kilka razy rzucała mi się w oczy okładka i w końcu mój skrzywiony w stronę cyberpunka gust wziął górę.
Zaczytanie
Dziś pierwszy tekst o *odmiennych stanach*, jakich czasem każdy człowiek doświadcza. Nie chodzi tu bynajmniej o nirwanę osiągniętą poprzez ogólnodostępne środki odurzające, a raczej *odczucia, emocje, doznania*, które ciężko sklasyfikować i odtworzyć za pomocą czegokolwiek.
*Zaczytanie* to stan, który przytrafiał mi się najczęściej w technikum. Czasy były ciężkie, internet sączył się z modemu w tempie 32kbps, strony wyglądały jak dokument w Wordzie (czasem to były strony robione w Wordzie, tudzież FrontPage), w telewizji dominowały filmy, które i tak każdy już widział na VHS, niewiele było do roboty a spać się nie chciało.
Nocne czytanie to było coś. Jak już się człowiek przemógł i przetrzymał tę 22-23 to potem można było chłonąć literki do rana, oczywiście tylko jeśli miało się książkę wartą grzechu.
Z takich pamiętnych pozycji, szczególnie miło wspominam "Grę Endera", Orsona Scotta Carda. Powieść przeczytałem w jedną noc, co jak na mnie było nie lada wyczynem, bo zawsze czytałem raczej powoli.
Inne książki, które nie dały się nijak odłożyć, mimo coraz późniejszej pory, to np. *W pustyni i w puszczy*, *Obłok Magellana* Lema, *Ubik* P.K.Dicka, czy *Limes Inferior* Zajdla.
Nowy wspaniały świat
Czasem człowiek nawet nie wie że coś potrafi, zanim tego nie spróbuje.
Mama i tato często czytali mi do snu, a babcia żeby mnie czymś zająć przez cały dzień pokazywała mi literki i cyferki, chociaż nie chodziłem jeszcze do szkoły.
Tego wieczoru rodzice oglądali jakiś film i zapomnieli o mnie, mi nie chciało się wcale spać, a książka leżała sobie przy łóżku. Wtedy kolejne przygody mojego ulubionego bohatera były co najmniej taką rozrywką jak najnowszy odcinek ulubionego serialu, nie mogłem się doczekać!
Zderzenie Czołowe
Bruce Bethke jest wartym uwagi autorem. Sama powieść dostała nagrodę P.K.Dick'a, a pisarz - no cóż, to on w 1980 roku napisał opowiadanie "Cyberpunk" i chociaż sam odżegnuje się od bycia ojcem nowego gatunku w kulturze to coś w tym chyba jednak jest.
Książka zapowiadała się nieszczególnie. Pretensjonalny tekst z tyłu okładki, na dodatek powtórzony zaraz na początku powieści - wszystko wskazywało na niskich lotów czytadło. Jednak szybko zorientowałem się, że te niecałe czterysta stron tekstu dostarczą mi nielichej rozrywki.
Pierwsza część historii przybliża nam Jack'a Burroughs'a i jego nader miałkie życie jakie może toczyć młody zdolny cyberpunk pracując w dziale informatyki wielkiej korporacji. Te początkowe 150 stron jest rewelacyjne dla osób rzeczywiście pracujących w zawodzie 'komputerowca'. Mamy tu kilku straceńców opiekujących się trzódką wiecznie niezadowolonych 'użyszkodników', udających przed szefostwem ciężką pracę i grających w sieciowe gry kiedy tylko jest odrobina czasu (a ten zawsze się znajdzie, nieprawdaż?). Opisy nowoczesnego społeczeństwa również są przekonujące - dostajemy bardzo prawdopodobną wizję świata Kafki połączonego z Wielkim Bratem, doprawionego nieco Burgessem. A wszystko zanurzone w cyniczno-prześmiewczym sosie przypominającycm humor Douglasa Adamsa.



